Licencjat: student vs. promotor

licencjat

Kto wymyślił tę najbardziej wartościową i wymaganą kupkę wypocin? Co stoi na drodze do szczęścia studenta i spokoju promotora? Poniższy tekst tylko częściowo bazuje na moich doświadczeniach i może być przejaskrawiony, zbyt nasycony.

Proces boloński

System boloński został wprowadzony w życie 19 czerwca 1999 roku, w celu podniesienia prestiżu uczelni europejskich w porównaniu z uczelniami amerykańskimi. Razem z kochanymi punktami e-ce-te-es wprowadził obowiązek pisania drugiej pracy dyplomowej. Inaczej zwanej licencjatem, doskonałym
licencjatplagiatem lub wymysłem Unii Europejskiej.

Jak Kowalski pisze licencjat?

Płaci 800 złotych i z głowy.

To jaki ten temat?

Student chce najprostszy i niezbyt długi. Tak, by bezboleśnie przejść do drugiej rundy – magisterki. Tematy są bezpośrednio powiązane z promotorami. Kto pierwszy, ten lepszy temat. Dla upartych pozostaje opcja chodzenia za odpowiednim człowiekiem do skutku.

Pierwsze seminarium…

Przebiega bezboleśnie. Trzeba napisać plan i na to Kowalski ma już plan. Wyszukuje podobne prace, skleja plany według schematu. Gotowe, prosty ten licencjat. O nie! Jeszcze konspekt. Hmm, a jakby tak wyszukać prezentacje o tematach podobnych do nazw rozdziałów i podrozdziałów. Uff, jest, wreszcie spokój i czas na studia inaczej.

Student w potrzasku

Miesiąc przed zderza się z brutalną rzeczywistością. Ma stronę tytułową, czasem nawet nie. Jeszcze brakuje czterdziestu z treścią. Kowalski zaczyna od bólu głowy oraz kompletnego braku pomysłu. Przecież te osiem stówek nic dla niego nie znaczy.

Brutalne początki

Pierwsze dwa tygodnie płacze i nie wierzy. Jak to tak? Z zaskoczenia termin puka do drzwi? Kowalski znajduje się na rozstaju dróg:
– pisze na łapu capu i nie ma życia, snu, a w skrajnych przypadkach czasu na piwo;
– decyduje się na obronę po terminie.

Przecież nie ma do tego literatury.

Rzeczywiście, czasami nie ma. Uczucie, gdy student zda sobie z tego sprawę, jest bezcenne. Przychodzi czas na ‚wartościowe’ treści internetowe.

Ależ to jest zjebane.

Podczas dziesięciogodzinnego maratonu w bibliotece okazuje się, że temat wcale nie jest prosty. Na domiar złego końca nie widać. ‚Dlaczego chcę się zmieścić w terminie?’

Badania? Ale jak to?

W ekstremalnych przypadkach Kowalski staje przed niemożliwym. Co to w ogóle są badania? I to na próbie trzeba przeprowadzić? Ale jakiej? Po trzech latach pytania ‚Po ile browar?’, musi zadać trudniejsze pytania obcym ludziom. Mało tego, zapisać gdzieś odpowiedzi, które dadzą odpowiedni wynik! Łatwiej zmienić temat.

Co ten promotor znowu?

Gdy już praca wydaje się gotowa i w porządku, nagle okazuje się, że wszystko jest źle. Nie po kolei, bezmyślnie napisane. ‚Czyż nie pod Pana kierunkiem pisałem tę pracę Panie promotorze? Tak, ale tu nazwę zmienimy, to jest niepotrzebne, a te rozdziały zamienimy. Myślę, że jeszcze z trzy razy postawimy i będzie dobrze.’

W następnym odcinku promotor vs. student.

2 Comments

  1. Demetriusz z lexpressive.pl

    Dokładnie „przeanalizowany” proces pisania mojego licencjatu. Promotor w ogóle nie wiedział o czym pisałem, a w końcu w ogóle nie przeczytał tej pracy, nie mówiąć o tym, że recenzent nawet chyba nie spojrzał na stronę tytułową…:p potiwerdzeniem tego jest to, że jak przeglądam ją po dwóch latach, to znajduję tam takie błędy, że chce mi się płakać. Więc płaczę jak czytam.

    1. niczym.pl niczym.pl

      W moim przypadku było trochę lepiej, promotor czytał i poprawiał. Co nie zmienia faktu, że studia zupełnie nie przygotowują do napisania tego typu pracy. Wszystko robi się po omacku.

      PS. Co do recenzenta, to masz rację.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *